- Tego popołudnia poszedłem z Majkim i Chappim na długi spacer. Robię to codziennie, często z żoną Anią i dziećmi Damianem i Darią, ale tego dnia byłem sam. Psy biegały luzem bawiąc się. Przechodziliśmy przez szlak drzew ciągnący się od Kóz do lasu w kierunku Kępna. Moi ulubieńcy mieli znaczące szerokie obroże, koloru czerwonego. Gdy wybiegły na drugą stronę odbijając na prawo, wybiegłem za nimi, bawiły się na polu. Po lewej na wzniesieniu od strony Dobrzan stał terenowy samochód koloru szarego 70m ode mnie i 70m od psów, które w tym momencie były oddalone ode mnie ok. 50m. Mysliwi stojący blisko auta złożyli się do strzału, zacząłem krzyczeć. Psy stały obok siebie, wcześniej ich dostrzegły i patrzyły na myśliwych. Mimo krzyków padły dwa szybkie strzały, przeładowanie i kolejne dwa szybkie strzały. Trwało to ledwie 5 sekund. Ugięło mi się w nogach, a Majki z Chappim leżały w niskiej trawce. Chappi jeszcze ruszał tylnymi łapami – opowiada załamany Grzegorz Wawrzyniak.
Według dalszej jego relacji myśliwi od razu wsiedli do auta próbując odjechać. - Podbiegłem stając naprzeciw nim. Wysiadł niechętnie kierowca, w kapeluszu z dużymi okularami. Zapytałem dlaczego to zrobili? Odparł, że moje psy kłusowały na zwierzynę płową. Trzykrotnie poprosiłem ich o podanie swoich danych, w celu doniesienia organom ścigania o popełnieniu przez nich przestępstwa. Odmówili i zaproponowali mi bym spisał sobie numery auta. Popatrzałem na tego drugiego myśliwego, ale nic się nie odzywał, tylko ściskał kolanami sztucer z lunetą. Poszedłem w stronę psów. Chappi jeszcze oddychał, z piersi lała się krew. Majki nie dawał żadnych oznak życia, dostał centralnie w pierś i był zalany krwią. Po tym jak odjechali nie wiedziałem co mam zrobić. Żona dzwoniła, bo słyszała z córką strzały. Powiedziałem, że jest już za późno, że psy nie żyją. Moja córka wpadła w szał, a ja słyszałem przez telefon jak ona krzyczy. Poprosiłem, żeby przyjechali i wzięli ze sobą szpadel. W tym czasie zadzwoniłem na policję z zapytaniem o prawo odnośnie psów puszczonych luzem, zaproponowano mi by dzielnicowi podjechali. Na początku zrezygnowałem z tego. Gdy rodzina przyjechała, teściowie, żona z dziećmi, zaczął się płacz z ich strony. Damian ściągną zakrwawione obroże i pochowaliśmy zwierzęta na miejscu. Brat Czarek skonsultował się z kolegą w mojej sprawie i doradzono mi bym nie odpuścił tego myśliwym. Byłem załamany. Siedziałem z rodziną w domu i płakałem. Po chwili otrzymałem telefon od znajomego, że przyjechała policja. Zadzwoniłem do dyżurnego policji w Stargardzie o godz.20.34, by podjechali do mnie pod wskazany adres. Gdy tak się stało, pokazałem funkcjonariuszom zdjęcia i pojechaliśmy na miejsce zdarzenia z moim bratem. Na miejscu wyjaśniłem całe zajście podając nazwisko sprawcy i skąd pochodzi, dowiedziałem się o tym od znajomej, podając rysopis i opis auta, a także to, że strzelali nie mając kulochwytu – dodaje pan Grzegorz.
Nasza redakcja sprawdziła tę informację. Faktycznie w ubiegłą sobotę Koło Łowieckie „Rogacz” zorganizowało polowanie w gminie Dobrzany, w rejonie łowieckim nr 3, między Dobrzanami a miejscowością Kozy. W polowaniu brało udział dwóch myśliwych: dewizowiec z Francji oraz myśliwy pan Beger z Wapnicy. Nikt z Koła Łowieckiego „Rogacz” w Stargardzie nie chciał z nami rozmawiać. Łowczy Stanisław Daszykowski na początku twierdził, że nic nie wie o tej sprawie, zaprzeczył, że w ogóle rozmawiał na ten temat z Grzegorzem Wawrzyniakiem, dopiero później przyznał, że coś tam słyszał.
- Ja na ten temat nic nie wiem, tylko coś słyszałem, że takie wydarzenie miało miejsce. Proszę się kierować do ludzi, którzy brali w tym udział. Dopóki sprawa się nie rozstrzygnie nie będę tego komentował. Podobno policja już się tym zajmuje. Owszem rozmawiałem z tym właścicielem psów, ale spotkanie miało dotyczyć innych spraw – powiedział nam przez telefon.
- Oczywiście, że łowczy wie o wszystkim. Po powrocie zadzwoniłem do niego, oznajmiając mu co się stało. Poprosił o spotkanie na następny dzień. Rano spotkaliśmy się przed domem. Przekazałem mu płytę z zdjęciami dla pana Begera (z wyjaśnieniem co się stało). Zaproponował ugodę i spotkanie z sprawcą, zgodziłem się. Gdy doszło do spotkania Beger wyjaśniał całe to zajście w obecności mojej żony twierdząc, że mnie nie słyszał bo wiał silny wiatr. A przecież tego wieczoru, po deszczu, wyszło słonko i było cichutko. Zapytałem się czy nie widział czerwonych obroży przez lunetę, gdy psy patrzyły w jego kierunku. Odparł że nie, mimo że posiada lunetę z 9-krotnym przybliżeniem z cienkim krzyżem. Powiedział także, że od pewnego czasu ma problemy ze wzrokiem, coś z kurzą ślepotą, w końcu strzelali pod słońce. Upierał się przy swoim, że strzelał tylko on – komentuje Grzegorz Wawrzyniak.
Zdobyliśmy więc numer telefonu do pana Begera, myśliwego, który jest posądzony o zastrzelenie psów.
- Wiem w jakiej sprawie pani dzwoni. Proszę się skontaktować z łowczym lub zarządem koła. Ja nie będę rozmawiał z panią przez telefon o tym zdarzeniu – skomentował Beger.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że myśliwi twierdzą, że psy goniły sarnę.
- Pierwszym psem, którego zastrzelili, był na wprost stojący nich Majki. Dlaczego więc twierdzą, że moje psy goniły zwierzynę? Stały na wprost nich. Ich twierdzenia nie trzymają się kupy – mówi pan Grzegorz.
Na stronie http://www.lowiecki.pl/prawo/ochrona_zwierzat.php czytamy: „Zgodnie z ustawą o ochronie zwierząt aby myśliwy mógł zastrzelić psa muszą nastąpić łącznie następujące przesłanki: myśliwy musi mieć upoważnienie wydane przez zarządcę danego obwodu łowieckiego, pies czy kot muszą być bez opieki i wykazywać oznaki zdziczenia, pies czy kot muszą być ponad 200 m od zabudowań mieszkalnych, pies czy kot musi stanowić zagrożenie dla zwierząt dziko żyjących w tym łownych, a więc muszą się one znajdować w terenie, gdzie zwierzyna taka przebywa. W praktyce powyższe warunki oznaczają, że myśliwy musi mieć upoważnienie zarządu koła do odstrzelenia zdziczałych psów i kotów, np. poprzez wpis do odstrzału lub osobno wydany dokument. Formalnie mogłoby to być upoważnienie ustne, ale takowe byłoby ważne tylko jeżeli zarząd podjął odpowiednią uchwałę. Ponieważ uchwały zarządu nie zawsze są dostarczane myśliwym, a przy braku takiej uchwały odstrzał byłby nielegalny, lepiej żeby upoważnienie było wystawione pisemnie z podpisami osób reprezentujących formalnie koło. Zwierzę, które zamierza odstrzelić musi okazywać swoje zdziczenie, a więc np. uciekać przed człowiekiem, a nie się do niego garnać, biegać w środku pól lub lasu, omijając drogi lub w inny sposób okazywać znamiona zdziczenia. Trudno byłoby uzasadnić objawy zdziczenia, gdyby np. pies posiadał obrożę i biegł spokojnie w kierunku myśliwego do domu widocznego w oddali tą samą drogą polna, którą idzie myśliwy, jakkolwiek to sam myśliwy upoważniony jest do dokonania oceny i samo posiadanie obroży nie od razu musi wykluczać zdziczenie. Odstrzał jest dozwolony w odległości ponad 200 m od zabudowań, a mając inne rozwiązanie, np. jeżeli znany jest właściciel psa czy kota należy się powstrzymać ze strzałem i z nim poważnie porozmawiać. Ustawa o lasach zakazuje puszczania psów luzem w lesie i właściciela można ukarać za takie działanie. Na koniec warunek ostatni, teren na którym spotykamy zdziczałego psa lub kota musi być terenem, na którym występują zwierzęta łowne. Jeżeli spotykamy psa lub kota na terenie ogrodzonym, to nie zagrażają one tym zwierzętom.”
W tym przypadku myśliwi powinni wezwać straż leśną, która wręczyłaby właścicielowi psa mandat. Poza tym jeżeli faktycznie pan Beger strzelał pod słońce i nic nie widział, to takie zachowanie jest zakazane.
- Sprawę zgłaszam oficjalnie na policję. Wiem tylko tyle, że historia się powtórzy ponieważ albo prawo w tej kwestii jest mało jasne, albo osoby oddające strzał do psa mają małą wiedzę i niską inteligencję. Czy śmierć Majkiego i Chappiego była daremna? Czy w końcu coś się zmieni, bo to prawo dla zwierząt jest nieuczciwe, a kolejne pieski musiałyby chodzić na smyczy lub swój żywot wieść w zamknięciu. Obaj panowie złamali prawo łowieckie i prawa zwierząt na stronie www.zabilimipsa.pl można dowiedzieć się wszystkiego. Ubitego psa powinni zabezpieczyć, wezwać weterynarza, a tego nie zrobili. Strzelili do zadbanych, oznakowanych psów husky, nie rozpoznając celu, nie wiedząc czy faktycznie kłusują, czy dają oznaki zdziczenia, czy stwarzały zagrożenie dla osób i i zwierząt płowych? Nie nie i jeszcze raz nie! To była zwykła egzekucja. Prawie każdy rozsądny myśliwy zanim strzeli, wiele razy zastanawia się czy czasem nie popełni błędu w ocenie – dodaje Wawrzyniak.
- Jako Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami włączamy się w tą sprawę. Coraz więcej mamy zgłoszeń, że myśliwi przez „omyłkę” strzelają do psów. Jakiś czas temu dostaliśmy zgłoszenie, że pijany myśliwy strzelił do konia, bo pomylił go z kozłem. Uważam, że często myśliwy uprawiają „wolną amerykankę”. Nie znają psów, bo inaczej wiedzieliby, że husky to nie psy myśliwskie tylko pociągowe. Obok labradorów często stosowane do dogoterapii. Są to psy bardzo łagodne, nie zagrażają zwierzynie płowej i ze względu na swoje predyspozycje muszą się wybiegać. Tak dalej być nie może – powiedziała Aleksandra Fila, inspektor oddziałowy TOZ.
Do tematu powrócimy niebawem.
Magdalena Lubińska












