W czwartek w południe do Prokuratury Rejonowej w Stargardzie przyszedł młody chłopak. W rozmowie z jednym z prokuratorów przyznał się, że to on jest sprawcą zabójstwa, do którego doszło w sobotę, 3 lutego 2007 r., około godziny 13, w małym sklepie spożywczym przy ul. Gdańskiej. Jego ofiarą padła 42-letnia sprzedawczyni Jolanta N., matka czwórki dzieci.
Jest w rękach sądu
Po kilkunastu minutach sprzed prokuratury zabrał go policyjny radiowóz. Wczoraj rano przywieziono go tam z powrotem na przesłuchanie. Okazało się, że w momencie popełnienia zbrodni nie miał skończonych 17 lat. Według prawa, był osobą nieletnią, dlatego prokuratura zwróciła się wczoraj do sądu rodzinnego i nieletnich z wnioskiem o rozpoznanie sprawy. Najpóźniej w poniedziałek sąd rodzinny zadecyduje, czy zostanie ona zwrócona do prokuratury, jak zazwyczaj bywa w podobnych przypadkach.
Nie dostanie dożywocia
Sprawcy zabójstwa nie grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności. Dlatego że był nieletni, można będzie go skazać maksymalnie na 25 lat więzienia.
Motyw napadu był rabunkowy. Z kasy zginęło kilkaset złotych. Na kasę nabite było około 500 zł utargu, ale sprzedawczyni jego część wydała na nowy towar. Według ustalonej w śledztwie wersji, zabójca zażyczył sobie produktów, po które kobieta się odwróciła i gdy stanęła do niego plecami zaatakował ją. Jolanta N. została zamordowana sklepowym nożem, którym wcześniej kroiła wędliny.
Policji nie udało się ustalić mordercy, mimo zabezpieczonych śladów z DNA i odcisków palców.
Rodzina ciągle nie może się pogodzić
„Głos” wiele razy pisał o tej bulwersującej sprawie. Publikowaliśmy portret pamięciowy sprawcy. Jednak policji nie udało się go zatrzymać.
- Wtedy to mogłam być ja, bo zmieniałam się z mamą w sklepie - mówi pani Katarzyna, najstarsza z czwórki dzieci zamordowanej Jolanty N. - Żałuję, że to nie byłam ja, bo straciłam moją kochaną mamę. To cierpienie, którego nie da się opisać. Być może teraz poczujemy ulgę, gdy wiadomo już, kto to zrobił. Do tej pory nie wiedzieliśmy, czy jest to ktoś, kto nas zna, kto wie, gdzie mieszkamy. Bardzo bałam się o najmłodszego brata, gdy wychodził z domu, miałam obsesję na tym punkcie.
Rodzina zmarłej nie może pogodzić się z tym, że policja nie potrafiła znaleźć zabójcy.
- Mieli tyle śladów, tyle informacji, a teraz jeszcze się okazuje, że to był jakiś młody chłopak - mówi pani Katarzyna. - To się nie mieści w głowie!
Emilia Chanczewska












